czwartek, 31 października 2013

historia lalki świętobliwej



Dzisiejszy post będzie o lalce, której oryginalnej za żadne pieniądze świata nie zdobędę, chyba że okradnę jakiś kościół albo muzeum. Co najwyżej mogę kupić kiepską współczesną reprodukcję albo wyciąć sobie sama. Mowa o SANTOSIE.

Od razu zaznaczam, że Santos nie jest tożsamy z glinianym francuskim Santonem, to dwa różne typy lalek.

Historia lalkarstwa wielokrotnie wiązała się z religią (jakąkolwiek) w najróżniejszej postaci – a to lalka była potrzebna do obrzędu, a to stanowiła personifikację bóstwa, a to była potrzebna do rzucania klątwy (a niech tej sąsiadce wszystkie kury zdechną!).

W chrześcijaństwie lalka występuje również i, o dziwo, nawet obecnie w Polsce, choć niekoniecznie w swojej klasycznej lalkowej formie. I nie mówię tu o figurkach w szopce

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami – tzn. w Hiszpanii i Portugalii, trwała wojna, a jak nie wojna, to okres powojenny. Ten stan bardzo się przeciągał. XVIII i XIX wiek ogólnie był dla Europy nieciekawy pod względem pokoju i bezpieczeństwa, a jak wojna to i bieda, wyludnienie.

W małych wioskach nie było kościółków, a czasami nawet pojedynczego księdza, a do najbliższego kościoła albo było za daleko, albo zbyt niebezpiecznie. Ludzie zaczęli robić sobie drewniane figurki podobne świętym (choć niekoniecznie), na wzór tych z kościołów, wycinanych w drewnie przez księży dla biedoty (żeby łatwiej im było pojąć istotę niektórych rzeczy) już wiek wcześniej oraz tych ubranych w płaszcze figur Matki Bokiej używanych do procesji. Figurki najpierw były nieco toporne, najczęściej żeńskie, ustawiano je w niby kapliczkach lub w domach bogatszych gospodarzy. Ubierano je najpierw w kwiaty, kłosy, wstążki.










Z czasem figurki robiły się coraz bardziej skomplikowane – dostawały od swoich twórców ręce na stawach, peruki, korony i serca z blachy.













Potem forma Santosów ewoluowała do swojej najczęściej spotykanej formy – lalki na drewnianej, a czasami metalowej klatce, od czego pochodzi inna nazwa Santosa: „cage doll” lub też „saint cage doll”,

Klatka zastępowała nogi, chowano do niej np. chleb lub różne inne istotne d*perele, a na klatkę zakładano „sukienkę” albo oplatano kwiatami.









Czasami lalka cała była w sukience, dostawała nawet perukę, a kiedy indziej była drewniana od stóp do głów, a zakładano jej tylko płaszczyk na ramiona lub same akcesoria typu korona lub korale. Ważne, że figura była ubierana, co formalnie czyni ją lalką, choć dosyć specyficzną.
Poniżej Santosy wyrzeźbione "pod płaszczyk":








Głównym materiałem na Santosy było drewno – tanie, obecne wszędzie i łatwe w obróbce. Zdarzało się jednak łączenie drewna z gipsem, woskiem, a nawet ceramiką (droższe Santosy miały wstawiane oczy).














Istotnym jest fakt, że pierwotne, właściwe swojej nazwie Santosy tak naprawdę nigdy nie przedstawiały nikogo konkretnego, ewentualnie jakiegoś tam niezidentyfikowanego anioła. Owszem, sugerowały Maryję, świętych patronów, ale nigdy nie była to wprost figura np. Matki Boskiej. Dlaczego? Bo Santosy nie były święcone. Ot, taki element lokalnej kultury, pomost między ludem a kościołem, który jednak przetrwał do dzisiaj, chociaż tylko w formie tradycyjnej ozdoby lub nietuzinkowej reprodukcji do wystroju wnętrza (tak, czasami można spotkać jakiegoś pseudo Santosa w kwiaciarni albo na wystawie…).

Z czasem jednak zwyczaj ubierania figur spopularyzował się także i w kościołach, chociaż istniał tam już wiele wieków wcześniej - doskonałym przykładem są święte figury np. Matki Boskiej Skępskiej czy nawet obraz Matki Boskiej z Częstochowy, które od średniowiecza są ubierane w wyszywane i inkrustowane materiałowe lub blaszane sukienki. Tyle że niegdyś w kościołach ubierano tylko „cudowne” figury lub obrazy, a od XVII wieku zaczęto ubierać w wyszywane ciuszki także figury w lokalnych kaplicach, w większości na terenach Hiszpanii, Portugalii, Włoszech oraz ich koloniach w Ameryce.







Można długo dyskutować nad tym, czy to figura, czy już lalka, ale jedno jest pewne - nikt nie przejdzie obojętnie obok tych zasmuconych, niepokojących twarzy.


Niestety, dziś prawdziwy Santony są obiektem hiper kolekcjonerskim, zostały doszczętnie pozabierane do muzeów, za to za jakieś 300 dolarów plus wysyłka z USA można zamówić sobie nawet zgrabną reprodukcję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz